Chłopiec i krwawe kielichy. Podania ludowe Pogranicza Śląsko-Łużyckiego

  • 31.05.2020, 11:17 (aktualizacja 31.05.2020, 12:20)
  • Jacek Kaktus Jurak
Chłopiec i krwawe kielichy. Podania ludowe Pogranicza Śląsko-Łużyckiego Bitwa pod Lipianami rok 1434

Podziel się:

Oceń:

Zapraszamy do lektury opowiadania inspirowanego legendami Górnych Łużyc.

Początek wieku XV iście intrygujący i pełen zmian był, czasy niespokojne i rewolucyjne, nowych idei pełne. Wiadomym jest wam zapewne, że każda rewolucja krwią swych dzieci się żywi, tak też i w tej opowieści się dzieje. Roku pańskiego 1427 ciepły Maius nadszedł i rzekłbyś miły słuchaczu po zimowych zamieciach sielanka nastała. Nic bardziej złudnego, po nieudanych rejzach na Gryfów i Zgorzelec, Husyci szybkim marszem, ze swoimi wozami, pod Lubań ciągnęli, który w tym czasie na pomoc Żytawie 300 zbrojnych wysłał. Wieści o victorii obrońców Gryfowa, Lubanianom otuchy dodały, mieszczanie ze zdwojonym zapałem przygotowania do najazdu czynili. Ledwie straże z Wieży Brackiej łunę płonącego Hennersdorfu zoczyły, który Ad majorem Dei gloriam, Taboryci wespół z Sierotkami z dymem puścili, już rejza Prokopa z wozami pod murami stała. Prokop choć kaznodzieja i sam w bitwach udziału nie brał, to trzeba wam wiedzieć, iż strategiem wybitnym był. Widząc obrońców miasta wiedział, że łatwo skóry nie dadzą, niełatwa ich tu sprawa czekała. Tym bardziej, że na murach widać było barwy Uechtritzów, skrzyżowane złote klucze na tarczy srebrno i niebiesko dzielonej. Jeden z rycerzy tego rodu na murach obroną miasta kierował.

Jeszcze tego samego dnia, nie zwlekając, Husyci atak na mury przypuścili. W ruch poszły maczugi, cepy, miecze i drabiny oblężnicze. Z murów posypał się grad kamieni, dzid i nasyconych smołą płonących żagwi. Z okna wieży Trynitarskiej, bona fide, otuchy obrońcom dodawał proboszcz Jeremiasz Groll, wykrzykując z zapałem słowa Papy Marcina V „…zwróć siły swe przeciw Czechom, pal, zabijaj heretyków i czyń wszędzie pustynię, gdyż nic nie jest bardziej miłe Bogu, ani bardziej pożyteczne dla sprawy królów, niż eksterminacja husytów...”. Burmistrz Konrad Zeidler osobiście doglądał młodziaków, którzy w czas bitwy rannych z murów sprowadzali i wodę do gaszenia pożarów donosili. Na noc wszystko ucichło, zwołał więc Prokop Wielki swoich hejtmanów i radzić pilnie zaczęli. Hejtmani Taborytów i Sierotek zgodni byli, iż by sukces osiągnąć fortelu użyć muszą. Tym czasem w kościele Świętej Trójcy schronili się starcy, kobiety i dzieci, śpiewając do wtóru z chórem chłopięcym „Salve Regina”. Pośród chórzystów znajdował się młodziutki Alojs Cyż, Serb Łużycki, którego potomkowie ongiś ludne plemię Milczan tu zamieszkiwało. Alojs nie był ulubieńcem proboszcza, jako Łużyckiego Serba cały czas za słowiańskiego poganina Niemcy go mieli. Jego przodkowie w dawnych wiekach przed zbrojnymi misjonarzami w dzikie góry uciekli i tajemną osadę Flinsa założyli. Ponoć białą magią się zajmowali, starszą jeszcze niż nowa wiara, którą na krzyżach i mieczach misjonarze nieśli. Mówią mości panowie, iż starożytny lud to był, rodowód swój wywodzący od tajemniczych Wendów, którzy z Terra Bohemica do nas przywędrowali. Stał tedy Alojs na chórze i śpiewał. Śpiewał Świętej Panience na chwałę, ale też i Magna Mater w obronę się oddawał, śpiewając.

Na Czarnoboga z Góry Hvozd, myśli w głowie szybko układały, wydarte w strachu z zakamarków pamięci, tajemne słowa, největšί ohně vzplály … ve svatyni Černoboha… jeśli się to wszystko dobrze dla mnie skończy ofiarę z krwi złożę. Na zewnątrz słychać było narastający chór męskich głosów „Ktož jsu boži bojovnici...” To Husyci pod murami swój hymn przed kolejnym atakiem śpiewali, zwiastując obrońcom rychłą śmierć. Hyr, hyr , bijcie Niemca bracia Czesi, ruszył szturm. Nagle linia atakujących się załamała, jakieś zamieszanie, husyci to podnosili się to padali. Widząc to proboszcz Jeremiasz Groll aż krztusił się z wysiłku i czerwieniał, bić heretyków, krzyczał, na nich! Nasza będzie victoria jak pod Gryfowem! Bić heretyków… Rozgrzani do granic obrońcy nie usłuchali dowodzącego rycerza w barwach Uehtritzów, w bojowym amoku rozwarli bramy i za cofającymi się husytami wybiegli, Gott mit uns, Gott mit uns… I nagle wszystko stało się jasne, jak czar jakiś, mara, nieporadna ucieczka w pułapkę się zmieniła. Teraz już było za późno. Prokop Wielki siedząc na gniadym koniu dał sygnał, jak spod ziemi w bramę miasta wpadły wozy bojowe husytów, w ruch poszły hakownice i gizarmy, zza wozów do miasta wdarli się piechurzy z cepami. Hyr, hyr, bić Niemców, nie dawać pardonu, Czesi wtargnęli do miasta. Z okna Wieży Trynitarskiej zachrypły proboszcz Jeremiasz Groll wzywał obrońców do boju, dodawał otuchy i wieczną chwałę w niebiosach obiecywał. Niedługo to jednak trwało, rozpoczął się prawdziwy taniec śmierci. Na wąskich uliczkach Lubania trwała rzeź, chaotyczna obrona zwiastowała klęskę. Wieża Trynitarska padła, a proboszcz Groll za swoje dostał, husyci do czterech koni za członki go przywiązali i popędzili ulicą Kościelną w stronę rynku, tam właśnie na strzępy został rozerwany pierwszy męczennik Lubania. Ci z mieszkańców co schronienia w kościele szukali zawiedli się srodze, liczyli na to, że świątynia powstrzyma husytów. Tak się jednak nie stało. Boží bojovníci wtargnęli do środka i rozpoczęła się rzeź. W tle śpiewał chór chłopięcy. Niemal sparaliżowany ze strachu Alojs śpiewał. Śpiewał Świętej Panience, a w myślach Magna Mater na chwałę, na Czarnoboga z Góry Hvozd, myśli w głowie szybko układały tajemne słowa, největšί ohně vzplály … ve svatyni Černoboha… jeśli tylko przeżyję ofiarę z krwi złożę… W tym właśnie czasie ducha Bogu oddawał burmistrz miasta, Konrad Zeidler, w obronie czci Pani małżonki i córek swoich, na próżno… Cepy i gizarmy zbierały krwawe żniwo. Teraz w kościele przyszedł czas na chórzystów, ginęli jeden po drugim, wszyscy…

Zapewne wiary nie dacie, moi drodzy, ale całe to zdarzenie przeżył tylko jeden chłopiec. Że to niemożliwe powiadacie mości panie, a jednak, postać to ze wszech miar wiarygodna i źródłami historycznymi potwierdzona. Chłopiec przeżył ponieważ przygnieciony został ciałami innych. Bóg zapewne nad nim czuwał. Choć co niektórzy inne zdanie na ten temat mieli, faktem jest, że przeżył. Podobno, nie wiedzieć czemu, krew ofiar mordu, którą ołtarz był zbrukany, do kielichów zebrał i na ołtarzu ostawił. Długo na tyłach tegoż jako pamiątka tragicznych chwil owe kielichy przechowywane były. Łgarstwa mości panie mi nie zarzucaj, bom na prawie i wiem co mówię. Dziada mego brat stryjeczny, Laurentius, mnich od Św. Franciszka, świadkiem był jak, in articulo mortis, Christoph Wiesner burmistrz Lubania i kronikarz podawał, że jako dziecko na własne oczy widział na ołtarzu dwa naczynia wypełnione zakrzepniętą krwią. Tak, tak mości panowie, jako się rzekło, czasy niespokojne i rewolucyjne to były, a na ołtarzach rewolucji krew jej dzieci stygła.

Historię spisał Jacek Kaktus Jurak.
Autor inspirował się podaniami zebranymi przez Siegfrieda Bruxa w tłumaczeniu Marii Bagrij – Szopińskiej. Uzupełnione o zapiski z lokalnych legend oraz oparte na historycznych faktach i zdarzeniach, które miały miejsce na przestrzeni wieków na Pograniczu Śląsko – Łużyckim.

Jacek Kaktus Jurak

Komentarze (3)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Kazik gamoń
Kazik gamoń 01.06.2020, 09:45
Świetny artykuł, dziękuję.
Lucas
Lucas 01.06.2020, 06:57
Dobre opowiadanie a jeżeli "Kazik" uważasz ze to bzdury to przytocz prawdziwą historię chociażby jakimś linkiem
Kazik
Kazik 31.05.2020, 19:40
Straszne bzdury.

Pozostałe