Jak garncarz z celnikami zakład wygrał. Podania ludowe Pogranicza Śląsko-Łużyckiego

  • 26.04.2020, 14:29
  • © Jacek Kaktus Jurak
Jak garncarz z celnikami zakład wygrał. Podania ludowe Pogranicza Śląsko-Łużyckiego Obraz: Domena publiczna. Wikipedia

Podziel się:

Oceń:

Zapraszamy do lektury opowiadania inspirowanego legendami Górnych Łużyc.

Pewność siebie mości panowie drogo może kosztować, przekonali się o tym sascy celnicy z Zawidowa. Działo się to na przełomie wieków, kiedy to między Królestwem Czech a Niemcami stosunki w miarę przyjazne były. Niewielkie ilości towaru, tylko na zgłoszenie, bez myta były puszczane. Jedynie za tytoń i alkohol na celnej komorze odpowiednio wysoką taksę wnieść należało. Kto by się tym jednak martwił, kiedy przez pobliskie góry przemytnicy czarną robotę dla kupców odwalali.

Tak też i na komorze w Zawidowie celnicy z rzadka myto za te towary pobierali. Na ulicy Frydlanckiej naprzeciw Komory celnej stał dom garncarza Gereisa. Jakoś tak dwie niedziele po Wielkiej Nocy, celnicy siedząc w oknie, z braku zajęcia w dyskusje ze starym Gereisem się wdali. Ze starej zażyłości, trochę żartem a trochę na serio poszli o zakład ze starym garncarzem, że w biały dzień a nie pod osłoną nocy, cztery garnce wina z Czech będzie miał, a kto zakład przegra myto będzie musiał zapłacić.

Wzmogli przeto celnicy swoją czujność, a jeden z nich stale starego Gereisa śledzić miał, od rana do wieczora oka z niego nie spuszczał. Po kilku dniach, kiedy celnicy pewni swej wygranej byli, przyszedł starszy Komory Celnej do domu garncarza i ze śmiechem zaczął dogadywać starcowi, że nie potrzebnie porwał się na taki zakład i teraz ktoś będzie musiał co nieco zapłacić za swoje przechwałki. Stary Gereis tylko się uśmiechnął i oko do celnika puścił, potem młodego Fritza wezwał, by do izby wino z Czech przyniósł, na widok przemyconego towaru starszy celników rezon stracił. Jak to się mogło stać, że w biały dzień, pod stałym dozorem celników, wino do domu garncarza trafiło? 

Zanim garncarz zdradził celnikom jak to się stało, musieli pokornie myto za wino zapłacić. Wieczorem garncarz zaprosił celników na dwie kwarty wina, za które zresztą sami myto zapłacili i rzecz całą po kolei im objaśnił. A było to tak, w Habarticach na placu Celnym przed Karczmą Graniczną stała studnia, w owym czasie miasta wodociągów jeszcze nie miały więc i Czesi i Niemcy ze studni korzystali. Co dzień mieszkańcy ulicy Frydlanckiej i mieszkańcy Habartic czerpali wodę z tej właśnie studni, poszły też po nią służące Gereisa i szynkarki z Karczmy Granicznej. Wszystkie z niebieskimi wiadrami spotkały się tam razem, czas jakiś poplotkowały u studni, jak to w zwyczaju było, potem zamieniły się wiadrami i rozeszły w swoją stronę. I tu tajemnica się wyjaśniła, żadnych czarów ni guseł nikt nie użył, jeno sprytu, do Zawidowa poszło wino a do karczmy woda.
 

Tak to jest mości panowie, gdyby starszy celników przed zakładem w język się ugryzł, myta płacić by nie musiał, jest to cnota nad cnotami, trzymać język za zębami.

Historię spisał Jacek Kaktus Jurak.
Autor inspirował się podaniami zebranymi przez Siegfrieda Bruxa w tłumaczeniu Marii Bagrij – Szopińskiej. Uzupełnione o zapiski z lokalnych legend oraz oparte na historycznych faktach i zdarzeniach, które miały miejsce na przestrzeni wieków na Pograniczu Śląsko - Łużyckim.

© Jacek Kaktus Jurak

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe